/  /  /  /  / Polarna ekspedycja Volkswagenami na Nordkapp
Volkswagen Touareg

Volkswagen Touareg 2

Zmień
SegmentTerenowo Rekreacyjne / Klasa Wyższa
Emisja CO2-
Żużycie paliwa-
 

Polarna ekspedycja Volkswagenami na Nordkapp

null
nullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnullnull

Cel: Nordkapp, najdalej wysunięty na północ punkt Europy. 18 dziennikarzy, 6 samochodów i prawie 2 tys. km do przejechania. Uczestnicy wyprawy musieli zmierzyć się z ciemnością panującą o tej porze roku przez prawie całą dobę, z temperaturą nierzadko spadającą poniżej 20 stopni Celsjusza oraz z własnym zmęczeniem. Poniżej prezentujemy zawartość dziennika wyprawy prowadzonego przez naszego przedstawiciela, którą przypominamy na prośbę Czytelników.

Dzień 1
Wyprawa dziennikarzy na Nordkapp rozpoczęta. 18 dziennikarzy, 6 samochodów, prawie 2 tys. km do przejechania i tylko 6 dni na pokonanie tego dystansu.

Grupa podzielona została na dwie części. Pierwsza wraz z samochodami wypłynęła z Gdyni promem, druga wyruszyła dzień później z lotniska Okęcie samolotem do Helsinek. Lot trwał 1,5 godziny. Pogoda w Warszawie nie była najlepsza, deszczowo, nieprzyjemnie, temperatura ok. 4 stopni, jednak Helsinki przywitały nas jeszcze gorszą aurą. Śnieg, zawieje i zamiecie, silny wiatr, temperatura na zewnątrz -5, jednak odczuwalna o wiele niższa - ok. minus 15 stopni.  

Spotkanie z drugą częścią grupy przewidywane było na godzinę 10-tą rano, jednak jak się okazało, jeszcze nie dotarła ona na miejsce zbiórki. Sztorm opóźnił wejście promu do portu. Podobno warunki na morzu są na tyle złe, że prom przez pewien czas dryfował i wciąż nie wiadomo, kiedy pojawi się w porcie. Musimy czekać, a czas upływa. Przed nami dzisiaj do pokonania jeszcze trasa długości  niemal 500 km. W obecnych warunkach pokonanie tego dystansu może zająć nawet 8 godzin. Czy uda się ten plan zrealizować? Kiedy wyruszymy?

Jakie auta będą do naszej dyspozycji? Sześć samochodów z gamy VW, wszystkie z napędem na 4 koła, a wśród nich: Golf R Line, dwa egzemplarze Passata Alltrack, Tiguan R Line, Touareg oraz Multivan Panamericana.
 
Na zewnątrz cały czas wieje. Sześć godzin oczekiwania na nasze samochody, które utknęły na morzu. Zamiast testować Volkswageny wyruszamy w drogę autobusem. W tym czasie samochody sprawdzają swoją odporność na przechyły promu - pogoda zakpiła z naszych planów.




Na szczęście pierwszy odcinek podróży to głównie proste drogi, na których ustawia się tempomat, a samochód jedzie sam. "Strata" nie jest więc wielka, a my wciąż mamy szansę sprawdzić napęd 4x4 w zdecydowanie bardziej odpowiednich warunkach.

Silne opady śniegu towarzyszą nam przez około 150 km. Jednak kolejne kilometry przynoszą stopniową poprawę warunków, aż w końcu ku naszej radości (czasem cieszą ludzi niewielkie rzeczy)...pojawił się czysty asfalt. Mimo to temperatura nie zmienia się i wciąż oscyluje wokół -10 stopni; wieje również silny wiatr, który wzmaga odczucie zimna.

Około godziny 20 nadchodzi w końcu wyczekiwana informacja, że samochody zjechały z promu - możemy zacząć planować kolejny dzień! Odległość jaka w tym momencie dzieli nas od naszych samochodów wynosi już prawie 300 km.

Na miejsce do hotelu w miejscowości Haapaniemem Matkailu docieramy ok godziny 22:30. Przyjazd samochodów zapowiedziany jest na godzinę 3 w nocy. Na zewnątrz sypie śnieg, my siedzimy przy kawie, herbacie, a niektórzy przy komputerach, przygotowując swoje relacje.

Dzień 2
Na pokonanie dzisiejszego, niemal 460 kilometrowego odcinka wybieramy Multivana z napędem na cztery koła. Dlaczego? Nasza podróż ma zakończyć się w miejscowości Pohtimolammenie niedaleko Rovaniemi, a to auto idealnie nadaje się do przemierzania tak długich tras. Obszerne i wygodne, zapewnia mnóstwo przestrzeni w środku. Jest jednym z niewielu dostępnych na rynku samochodów, w którym bez żadnych problemów, w komfortowych warunkach może podróżować siedem osób, a ta, która ma to szczęście, że siedzi za kierownicą - ma możliwość zajęcia naprawdę bardzo wygodnej pozycji. Pomimo, iż z wyglądu sylwetka Multivana przypomina dostawczaka, jest to jednak prawdziwa osobówka i to nawet z gatunku tych "limuzynowatych".

Dziś temperatura na dworze podobnie jak pierwszego dnia wynosi ok. -10 stopni. Prószy drobny śnieg, mimo to skandynawskie jezdnie są czyste, a więc kolejny etap naszej wyprawy możemy pokonać komfortowo (nie tylko dzięki samochodowi). Drogi w Finlandii, w tym te odpowiadające naszym drogom krajowym, są bardzo dobrej jakości. Nawet boczne, szutrowe są tak gładkie, że gdyby nie uderzające od czasu do czasu o podwozie kamienie, można by przypuszczać, że wciąż poruszamy się po asfalcie. Pozazdrościć. Co ciekawe i znane mi już z podróżowania po innych państwach północnej Europy, dozwolona prędkość na większości odcinków, którymi się poruszamy wynosi 80 km/h. Choć w Polsce to przecież "za mało, za wolno; to ograniczanie kierowców", nikt nas nie wyprzedza i wszyscy karnie jadą równo w kolumnie - znów możemy poczuć lekką zazdrość....jednak do czasu!

Skarżymy się bowiem w Polsce na rosnącą liczbę fotoradarów w Polsce, tu jest ich jednak o wiele więcej, a kary za przekroczenie prędkości są drakońskie. Wątpię jednak, aby dochody z fotoradarów były zapisane w budżecie krajowym - chodzi przecież głównie o bezpieczeństwo! Na drogach, od czasu do czasu można spotkać przechadzające się renifery. Zbyt duża prędkość mogłaby uniemożliwić wyhamowanie na czas.

Przemierzając sprawnie naszą trasę zjeżdżamy z drogi na krótką sesję fotograficzną. Ładne zamarznięte jezioro, domki w fińskim stylu, oto otoczenie naszego pleneru fotograficznego. Bajkowe? No niestety, światło słabe, więc i zdjęcia nie są najlepszej jakości. Na nic innego chyba jednak liczyć nie można. W ciągu dnia szarówka, a o godzinie 14 zaskakuje nas kompletna ciemność. Im dalej na północ, tym dzień będzie jeszcze krótszy.

Podróżując główną fińską drogą prowadzącą na północ kraju przemierzyliśmy 460 kilometrów równych dróg; ciepłe auto, brak ostrego słońca, lasy, lasy i lasy i może kilka większych miasteczek i trochę niewielkich wiosek składających się z kilku domków na krzyż. W sumie nasza dzisiejsza podróż jest bardzo monotonna, ale przyjemnie monotonna. Komfort jaki zapewnia nam Multivan, szarówka na zewnątrz i relaksująca muzyka płynąca z głośników auta działa na nas usypiająco. Na szczęście kierowca skupiony jest na drodze i wypatrywaniu reniferów oraz fotoradarów  - jedne i drugie można spotkać tu równie często.

Na obiad zatrzymujemy się w miejscowości Ranua. Zaserwowano nam... no tak - co można jeść w Finlandii? Oczywiście przepysznego łososia. Obok restauracji zbudowano duże igloo, jako atrakcję dla przejeżdżających, my jednak wolimy inne, "cieplejsze atrakcje". Naszym celem jest bowiem hotel Bear's Lodge, w którym wieczorem czeka nas .... lodowa sauna. Co to jest i czy na pewno jest "cieplejsza" niż igloo (sauna i lód to pojęcia dotychczas kojarzące mi się jako sprzeczne) jeszcze nie wiemy, ale na pewno się dowiemy.

Dzień 2 – wieczór
Kolacja za nami, sauna lodowa już zaliczona. Przy okazji wyprawa poniosła pierwsze ofiary. Jeden z uczestników wyprawy poślizgnął się na lodzie, jaki wytworzył się obok sauny w wyniku zamarzania skroplonej pary i upadł tak nieszczęśliwie, że nie mógł się podnieść. Z pomocą kolegów został przeniesiony do ogrzewanego pomieszczenia, gdzie próbowano zorientować się co się stało. Wydawało się, że ból uniemożliwiający poruszanie nogą mógł być wynikiem porządnego stłuczenia, niestety jak się okazało po przyjeździe lokalnego pogotowia sprawa jest o wiele poważniejsza. Dwie drobne kobiety stanowiące załogę karetki przeniosły dość ciężkiego uczestnika wyprawy do samochodu i zawiozły go do najbliższego szpitala, który znajdował się w Roveniemi. Przeprowadzone badania wykazały dość poważne złamanie podudzia, które wymagało interwencji chirurgicznej. Operacja przewidziana została na następny dzień.

Wracając do sauny lodowej. Okazało się, że rzeczywiście w całości wykonana jest z lodu. Wielkie lodowe igloo powstało obok budowanego właśnie lodowego hotelu, który otworzy swoje podwoje dla gości z początkiem stycznia. Sauna jako pierwszy hotelowy obiekt już pracuje. W dużej beczce zagłębionej w lodzie znajdują się rozgrzane kamienie, które polewa się wodą. Ilość pary jaka się przy tym wytwarza jest tak duża, że błyskawicznie ogrzewa pomieszczenie, zatykając wręcz płuca. Co ciekawe nagrzane powietrze równie błyskawicznie ucieka do góry przez co nogi są niedogrzane. Przy okazji, gorąca para rozpuszcza lód, z którego zbudowano saunę. Lodowate krople ściekają po plecach. Ciekawe doświadczenie.

Po saunie przyszła kolej na kolację, podczas której serwowano m.in. kotlet z renifera oraz ziemniaki pieczone w foli. Po kolacji szybki powrót do hotelu na odpoczynek, gdyż kolejnego dnia czeka nas wczesna pobudka i podróż do miasteczka św. Mikołaja, które mieści się w miejscowości Napapirii położonej na linii wyznaczającej koło podbiegunowe.

Dzień 3
Kolejny dzień rozpoczynamy pobudką o godzinie 7 rano (6 rano czasu polskiego). Jak się okazuje, w ciągu nocy pogoda się zmieniła. Spadł śnieg, dużo śniegu, a temperatura obniżyła się do prawie -15 stopni. Mimo pogarszających się warunków wyruszamy w drogę. Miasteczko św. Mikołaja znajduje się stosunkowo blisko naszego hotelu, jednak już po drodze napotykamy na pierwsze trudności. Nisko zawieszony Golf R zakopuje się w śniegu, a w zasadzie wiesza się na pryzmie. Większość uczestników wyprawy rzuciła się więc do pracy, aby wyprowadzić auto ze śniegu.

Nas taka przykrość nie spotkała. Dzisiejszy odcinek drogi pokonujemy Volkswagenem Tuaregiem. Auto napędzane potężnym 8 cylindrowym silnikiem o pojemności 4.2 litra bez problemów porusza się w takich warunkach. Jazda jest wręcz przyjemnością. Niemniej jednak, razem z  pozostałymi uczestnikami wyprawy " wykopywaliśmy" Golfa ze śniegu. No może poza autorem niniejszego tekstu, który w tym czasie dzielnie kręcił film z wyprawy. Wyprowadzenie Golfa nie zajęło nam dużo czasu i można było ruszyć dalej na spotkanie ze świętym Mikołajem.

Podróż na miejsce, gdzie oficjalnie przebiega linia koła podbiegunowego trwa w sumie około pół godziny. Od razu kierujemy się do św. Mikołaja, który urzęduje w jednym ze stojących tu drewnianych budynków. Zewsząd przebija komercja. Sklepów z pamiątkami jest mnóstwo, a w nich oprócz lokalnych strojów można kupić różne maskotki, w tym renifery i psy husky.

Wreszcie przyszła nasza kolej na bezpośrednią audiencję. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy św. Mikołaj przemówił do nas czystą polszczyzną. Również jeden z elfów prowadzących nas do Mikołaja mówił po polsku, a także osobisty fotograf Mikołaja. Widać, że mamy do czynienia z poliglotami, którzy jeszcze przed chwilą rozmawiali w ich ojczystym języku z Rosjanami i Francuzami. Polszczyzna św. Mikołaja jest naprawdę znakomita. Czuje się, że nie jest to jego rodowity język, jednak można swobodnie porozmawiać na temat naszej wyprawy.

Po zakończonej audiencji weszliśmy do kolejnego pomieszczenia, gdzie czekały już na nas zdjęcia. Św. Mikołaj wcale niemało liczy sobie za fotkę. Ceny kształtują się od kilkunastu do niemal 50 euro za dwa zdjęcia i krótki film z wizyty u Mikołaja nagrany na "paluchu usb". Po zakończonej wizycie udajemy się do zagrody reniferów. Po drodze spotykamy sześć specjalnie oznakowanych Mini, które przyjechały prosto z Neapolu i których załogi przywiozły z Włoch listy do św. Mikołaja.

W końcu ruszamy w dalszą podróż. Przed nami do pokonania zaledwie 250 km, jednak pogarszające się warunki nie gwarantują spokojnego przejazdu. Za każdym z jadących aut tworzy się ogromna chmura z wirującego śniegu tak, że trzeba utrzymywać zdecydowanie większe odstępy pomiędzy pojazdami. Wreszcie docieramy do kolejnego miejsca odpoczynku. Tym razem mamy spać w szklanych igloo, których wyposażenie ogranicza się do dwóch łóżek oraz malutkiej toalety. Prysznice są w osobnym budynku, który mieści się ok. 100 m dalej.

Zanim jednak udamy się na zasłużony odpoczynek czeka nas kolacja. Tym razem bez żadnych specjałów miejscowej kuchni, no może poza wszechobecnymi rybami. Przy okazji po raz kolejny potwierdziło się, że Polacy są wszędzie. Wśród załogi restauracji znalazła się Polka.

W czasie kolacji dociera do nas dobra wiadomość. Operacja naszego kolegi udała się. Poszkodowany w dobrym stanie i co najważniejsze - dobrym humorze skontaktował się z nami. Niestety, pomimo chęci szanse, że do nas dołączy są nikłe.
W końcu przyszedł czas na odpoczynek. Jutro przed nami wizyta na torze testowym, gdzie będziemy mogli sprawdzić auta w ekstremalnych warunkach, a następnie przejazd do Norwegii.

Dzień 4
Czwarty dzień wyprawy wita nas siarczystym mrozem. Termometry w samochodach pokazują -26 stopni. Aż nas zatyka, trudno oddychać. Noc spędziliśmy w szklanych igloo, które zapewniły nam wspaniały widok na rozgwieżdżone niebo. Niestety, wciąż nie dane nam jest ujrzeć zorzę polarną. Na początek śniadanie. Aby je zjeść musimy odbyć poranny spacer, gdyż niestety igloo znajduje się dość daleko od restauracji.

Zgodnie z planem kolejny etap naszej podróży zakończy się w miejscowości Lakslew w Norwegii. Do pokonania mamy więc odcinek o długości 270 km. Zanim jednak udamy się w kierunku naszego celu podróży czeka nas szkolenie na torze Actionpark znajdującym się w miejscowości Saariselkä (68*25'11,2"N, 27*24'09,9"E). Zgodnie z informacjami jakie posiadamy warunki na drodze są bardzo trudne, organizator wyprawy zadbał więc, abyśmy najpierw poćwiczyli pewne odruchy, zanim wjedziemy na najbardziej wymagający odcinek naszej trasy.

Wczoraj z żalem rozstawaliśmy się z Touaregiem, który przypadł nam do gustu. Auto bardzo dobrze zachowywało się na drodze. Pomimo pogarszających się warunków ani razu nie dało nam podstaw do jakichkolwiek obaw. Wspaniale trzymało się drogi, a zawieszenie ustawione w trybie "comfort" przyjemnie wybierało rzadko pojawiające się nierówności. Dziś mieliśmy Touarega zmienić na inne auto, ale okazało się, iż po raz kolejny będziemy mieli szansę nim pojechać i to w zdecydowanie gorszych warunkach.

Przejazd na tor nie zajął nam dużo czasu. Na miejscu czeka już na nas kawa i herbata oraz bardzo dobrze przygotowany tor, w większości pokryty lodem. Ośrodek, który odwiedzamy, poza okazjonalnymi kursami, podobnymi do tego jaki my przechodzimy, na co dzień prowadzi szkolenia dla młodych kierowców. W Finlandii każdy kto ma już prawo jazdy spędza sporo czasu na doszkalaniu swoich umiejętności pod okiem instruktorów.  Nie dziwi więc, że fińscy kierowcy tak dobrze sobie radzą na śliskich nawierzchniach, których w okresie zimowym tutaj nie brakuje.

Teraz kolej na nas. Szkolenie obejmuje jazdę po lodowej oraz zaśnieżonej nawierzchni, jazdę w slalomie i po łuku na lodzie oraz gwałtowne hamowanie na lodzie wraz z omijaniem przeszkody (taką przeszkodą na fińskich drogach może być chociażby renifer lub stado reniferów, które już parę razy spotkaliśmy). Początki są trudne, chociaż większość z nas miała już okazję uczestniczyć w tego typu kursach. Tym razem jednak warunki są szczególne. Nie tylko śnieg i lód na drodze, ale również siarczysty mróz minus 25 stopni, który zmusił nas do założenia bardzo ciepłych ubrań, dodatkowo krępujących nam ruchy. Mimo to, z próby na próbę nasze reakcje są coraz lepsze.

Po zakończonym szkoleniu i rozdaniu specjalnych nagród dla najlepszych  (ładny breloczek oraz  uścisk dłoni .... instruktora) ruszamy w kierunku Norwegii. Przed nami do pokonania jeszcze 250 km. Im dalej na północ tym ruch staje się mniejszy. Jedynie raz na kilkanaście kilometrów mijamy się z innymi samochodami. Nawierzchnia drogi jest zupełnie biała, bez grama piasku, który w Polsce jest normą, bez czegokolwiek co mogłoby poprawić przyczepność, no może poza lekko sfrezowanym lodem. Nasza średnia prędkość wcale nie jest taka niska. W mieście poruszamy się nie szybciej niż 50 km/h, jednak poza miastem z prędkością oscylującą w granicach 90-100 km/h.  Podobnie zresztą podróżują fińscy kierowcy, którzy dołączają do naszej kolumny. Kolumna to dumnie brzmi, gdyż w zasadzie odległość pomiędzy samochodami wynosi 100 - 200 m. Przy takiej prędkości to odległość minimum pozwalająca na bezpieczne wyhamowanie pojazdu w razie pojawienia się niebezpieczeństwa. Mimo, iż po fińskich drogach przejechaliśmy już ponad 1200 km, do tej pory nie widzieliśmy żadnego wypadku, a przecież warunki panujące na drogach były bardzo trudne.

W końcu docieramy do miejscowości Lakslew, gdzie w małym hoteliku położonym przy głównej drodze udajemy się na spoczynek. Jutro przed nami Nordkapp. Aby móc tam dotrzeć musimy wcześnie wstać. Jeżeli spóźnimy się na przejazd pługu, który wyrusza o określonej godzinie, to może okazać się, że nie będziemy mieli w ogóle szansy na osiągnięcie celu naszej wyprawy.

Dzień 5
Przyszedł w końcu dzień, w którym mamy osiągnąć cel naszej podróży - najdalej wysunięty na północ fragment naszego kontynentu. Pobudkę zarządzono na godzinę 5:45, abyśmy na pewno wyruszyli z hotelu nie później niż o 6:45. Przed nami do pokonania odcinek o długości ok. 230 km. Niby nie długi, ale jednak. Na naszej drodze stoi kilka szlabanów, które mogą stanowić istotną przeszkodę w naszej podróży. Przy złych warunkach atmosferycznych, poruszanie się bez poprzedzającego samochody pługu śnieżnego jest niemożliwe, a takich warunków możemy się spodziewać. Pługi czyszczą poszczególne odcinki drogi o określonych godzinach, pierwszy o godzinie 9 rano, spóźnienie może oznaczać, że będziemy zmuszeni czekać na kolejny, co znacznie opóźniłoby podróż i stwarzałoby ryzyko, że nie dotrzemy na miejsce w ciągu dnia. A dzień  w tej części Europy, o tej porze roku, jest bardzo krótki. Na słońce  nie można liczyć, a tylko na nieco mniejszą szarówkę, która rozpoczyna się mniej więcej o godzinie 10 rano i kończy około 13-tej. Trzy godziny to niewiele, stąd presja czasu. Widok za dnia jest zdecydowanie lepszy niż w nocy.

Dzisiejszy poranek okazał się znacznie cieplejszy niż wczorajszy. Różnica wyniosła dokładnie 24 stopnie. Na zewnątrz było jednak wietrznie, co powodowało, że temperatura odczuwalna była nieco niższa. Niestety, pada śnieg, więc warunki na drodze nie są dobre. Ryzyko, że nie dotrzemy na miejsce - wysokie. Mimo to, utrzymując bezpieczne odstępy pomiędzy samochodami ruszamy w drogę. Tempo naszej podróży jest całkiem dobre. Do pierwszego szlabanu docieramy przed czasem. Mimo opadów śniegu, szlaban jest otwarty, a droga przejezdna. Pług nie był potrzebny, mogliśmy więc kontynuować naszą podróż.

Miejscami droga jest zawiana, jednak nie grozi nam utknięcie w zaspie. Nawet nisko zawieszona "erka", pomimo iż jej napęd raczej przeznaczony jest do poprawienia trakcji, a nie do pokonywania przeszkód terenowych, znakomicie radzi sobie w tak trudnych warunkach. Źródłem naszego niepokoju jest jednak całkowicie oblodzona nawierzchnia drogi, na której z rzadka leżą łachy śniegu. Miejscami musimy zwalniać do prędkości spacerującego żółwia, aby na którymś zakręcie nie wypaść z drogi. A ta jest wyjątkowo kręta, często biegnie wzdłuż fiordu, od którego odgradza nas niezbyt wysoka metalowa bariera. Dla "strachliwych" pasażerów siedzących z jej strony odczucia nie są zbyt przyjemne. Mimo to, konsekwentnie poruszamy się do przodu.

Okazuje się, że mamy szczęście - wszystkie szlabany są otwarte, a droga "przygotowana" do jazdy. Oblodzona nawierzchnia to zupełnie inna sprawa. Na miejsce docieramy około godziny 11-tej. Nordkapp przywitał nas silnym i bardzo mroźnym wiatrem, na szczęście bez śniegu. W sumie, jak na warunki panujące tutaj o tej porze roku - jest dobrze. W czasie naszego pobytu śnieg nie pada. Tylko ten wiatr. Pomimo iż termometry w samochodach wskazują zaledwie -2 stopnie, wydaje nam się, że jest o wiele zimniej. Na szczęście wszyscy uczestnicy wyprawy są dobrze ubrani, nikt nie skarży się na zimno, no może na marznące ręce, którymi bez rękawiczek niemal wszyscy obsługiwali swój sprzęt fotograficzny. A co fotografowaliśmy? Przecież tu nic nie ma. Surowy krajobraz, bez drzew, teren płaski, jeden stojący budynek. A jednak dla naszego industrialnego społeczeństwa ta surowość to coś, co daje wytchnienie, oderwanie choć na chwilę od rzeczywistości.
Krótki spacer wystarczy, aby zwiedzić to miejsce. Położony dość wysoko w stosunku do powierzchni morza teren dla bezpieczeństwa przybywających tu turystów otoczono barierkami.

Na końcu półwyspu stoi znany z licznych zdjęć, wykonany ze stali globus, przed którym ustawiliśmy samochody do zdjęć. W normalnych warunkach podjazd pod globus jest zabroniony. Dotrzeć do niego można jedynie pieszo. Warunki nie są jednak normalne. Poza nami turystów nie ma, udaje się nam więc wynegocjować warunkową zgodę na szybki podjazd i "strzelenie" kilku fotek. Później auta muszą wrócić na parking, a my mamy czas, aby udać się do jedynego stojącego w tym miejscu budynku, w którym znajduje się m.in. sklep z pamiątkami oraz kino z dużym ekranem, na którym obejrzeliśmy film pokazujący okolice Nordkapp i życie tutejszych mieszkańców w ciągu całego roku. Piękny podkład muzyczny stworzył odpowiedni klimat. Po projekcji część z nas udaje się na krótkie zakupy, a pozostali na kawę w lokalnej restauracji. Hotelowa kawa, jaką mieliśmy do tej pory okazję pić była okropna. Kawa zaserwowana na Nordkapp jest zdecydowanie lepsza. Jest tylko jedno, malutkie ale... Ceny w Norwegii są w stosunku do naszych zarobków bardzo wysokie. Szklanka cafe latte kosztuje 40 koron, czyli około 20 złotych. Mimo to niektórzy z nas skusili się na taką przyjemność. Gorąca kawa, w surowym, mroźnym otoczeniu, to jest to, czego nam potrzeba.

W końcu nadeszła pora na opuszczenie celu naszej wyprawy. Mimo pewnych obaw związanych z pogodą, która o tej porze roku potrafi być bardzo kapryśna, zrealizowaliśmy nasz cel w 100%. Byliśmy w miejscu, do którego niewielu Polaków dociera (no, może poza tymi, którzy tu mieszkają i pracują, a jest ich całkiem sporo. Niemal codziennie mieliśmy okazję spotykać naszych rodaków). Sprawdziliśmy, jak zachowują się auta Volkswagena wyposażone w napęd na cztery koła w tak trudnych, czasami wręcz ekstremalnych warunkach. Ten swoisty egzamin na pewno zdały na 5.

Uczestniczący w wyprawie dziennikarze, a w zasadzie jeden z nich, miał okazję sprawdzić jak działa tutejsza służba zdrowia. Aby mogło dojść do tej swoistej weryfikacji nasz kolega "musiał się połamać", co okupił sporym bólem i koniecznością przejścia niemal dwugodzinnej operacji. Humor mu jednak dopisuje i tak komentuje swój pobyt w szpitalu: "pielęgniarki są tu tak miłe i serdeczne, że wręcz wyprzedzają moje prośby o pomoc. Szkoda, że nie możemy pochwalić się tym samym doświadczeniem w polskich szpitalach. Tu czuje się, że każdy chce pomóc. Kiedy wieźli mnie, aby zrobić zdjęcie Rentgena, cały mijany personel uśmiechał się i pytał, czy wszystko jest OK. To się nazywa SŁUŻBA ZDROWIA".  Wszystko wskazuje na to, że do kraju wróci dzień-dwa po nas.

Wojciech Drzewiecki
Odnośniki
 
comments powered by Disqus
 

Szukasz konkretnego artykułu? Wpisz szukane słowo lub frazę.

Szukaj
Wyszukiwanie zaawansowane
Reklama