/  / Jesteśmy na czele konduktu

Jesteśmy na czele konduktu

IBRM Samar |
null
null

Jerzy Szymłowski, ekspert do spraw Bezpieczeństwa w Ruchu Drogowym: Coroczne wydatki budżetu państwa związane z wypadkami drogowymi wynoszą około 30 mld złotych. To stanowi 2,7% PKB. Skąd biorą się te liczby? Ludzie giną lub stają się niepełnosprawni i przestają pracować na rzecz polskiej gospodarki. Są to ponadto koszty, jakie ponosi państwo w związku z leczeniem w publicznej służbie zdrowia uczestników wypadków. Wypłacane są im też do końca życia renty.

Wiadomości biznesowe są integralnym elementem Strefy Biznesu, płatnej części serwisu samar.pl skierowanej do profesjonalistów. W celu uzyskania pełnego dostępu do tej części serwisu prosimy o kontakt pod adresem email licencja@samar.pl lub poprzez formularz kontaktowy.
Paweł Janas, IBRM Samar: Czy Polacy jeżdżą po drogach bezpiecznie?
 
Jerzy Szymłowski, ekspert do spraw Bezpieczeństwa w Ruchu Drogowym: Niestety nie. Dowodzą tego statystyki. Pokazują one jak dużo osób ginie i zostaje rannych w wypadkach drogowych w Polsce, w porównaniu z innymi krajami w Unii Europejskiej. W 2012 roku liczba ofiar śmiertelnych w naszym kraju sięgnęła ok 3,5 tysiąca, podczas gdy na przykład w Szwecji wyniosła 300 osób. Jest tam co prawda czterokrotnie mniej mieszkańców niż w Polsce, ale na 1 mln mieszkańców u nas ginie 110 osób, a w Szwecji 30. Wnioski płynące ze statystyk nie są dla nas krzepiące: jesteśmy pod tym względem na ostatnim miejscu w Unii Europejskiej. Mówiąc obrazowo jesteśmy „na czele konduktu”.
 
Wspomniał Pan o dużej liczbie osób rannych…
 
W 2012 roku było ich aż 46 tysięcy. Z tego 1/3 poszkodowanych została na całe życie niepełnosprawna. Z kolei około 20 proc. osób spośród tych, którzy giną w wypadkach ma prawo jazdy krócej niż dwa lata. Trzeba też dodać, że w ostatnich latach systematycznie zmniejsza się u nas ilość ofiar wypadków drogowych, acz wcześniej podane odniesienia pokazują jak wiele jest do zrobienia.
 
Czy brak zachowania bezpieczeństwa na drodze kosztuje?  
 
Oczywiście. Są to gigantyczne koszty ponoszone przez towarzystwa ubezpieczeniowe oraz przez budżet państwa, czyli tak naprawdę, przez wszystkich podatników. Nie biorę tu pod uwagę kosztów moralnych.
 
Jakie kwoty konkretnie wchodzą w grę?
 
Coroczne wydatki budżetu państwa związane z wypadkami drogowymi wynoszą około 30 mld złotych. To stanowi 2,7 proc. PKB. Skąd biorą się te liczby? Ludzie giną lub stają się niepełnosprawni i przestają pracować na rzecz polskiej gospodarki.  Są to ponadto koszty, jakie ponosi państwo w związku z leczeniem w publicznej służbie zdrowia uczestników wypadków. Wypłacane są im też do końca życia renty.  Dodatkowo, państwo musi stale utrzymywać odpowiednią liczbę służb niezbędnych do obsługi wypadków, a więc policję, straż pożarną czy pogotowie ratunkowe.
 
Co sprawia, że na polskich drogach jest tak niebezpiecznie?  
 
Trudno tu wymienić jedną przyczynę. Na liczbę wypadków ma wpływ wiele czynników. Trzy główne elementy, to: człowiek, pojazd, droga. Najważniejszy jest człowiek. To on prowadzi samochód i cały czas podejmuje decyzje. On też decyduje, jaki samochód kupuje. Wiele zależy od jakości samochodu. Od tego jak precyzyjnie się go prowadzi, zależy czy w sytuacji krytycznej uderzymy w przeszkodę czy ją ominiemy. A na to wpływ ma między innymi zestrojenie zawieszenia i układu kierowniczego. Trzeba także brać pod uwagę wiek samochodu; te produkowane w ostatnich latach są wyposażone w coraz bardziej zaawansowane i skuteczne systemy bezpieczeństwa biernego i czynnego. Istotne jest także to, czy samochód uczestniczył wcześniej w poważnym wypadku. Takie powypadkowe auto ma osłabioną konstrukcję. Nie jest w stanie pochłonąć w czasie wypadku takiej samej ilości energii, jak samochód bezwypadkowy czy nowy.  Oznacza to większe przeciążenia działające na jadących i ich większe obrażenia. Jeżeli uwzględnimy te fakty przy podejmowaniu decyzji o zakupie auta, możemy spodziewać się zmniejszenia liczby i ciężkości wypadków.
I jeszcze drogi. Na ich stan nasz wpływ jest najmniejszy. Ale np. na statystyki roczne ma też wpływ zima. Jeżeli długo utrzymuje się na nich śnieg, to mamy, co prawda więcej drobnych kolizji, ale mniej osób ginie i zostaje rannych. Dlaczego? Gdy na drodze zalega śnieg, jeździmy z małymi prędkościami. Gdy droga jest sucha, kierowcy jeżdżą szybciej, co skutkuje większą liczbą ofiar śmiertelnych. Najwięcej osób ginie w lipcu i w sierpniu.

W 2011 roku był pan ekspertem w rządowej kampanii „Prędkość Zabija”. Czy takie kampanie mogą mieć pozytywny wpływ na bezpieczeństwo?

Na co dzień jesteśmy pochłonięci naszymi sprawami bieżącymi i nie myślimy o bezpieczeństwie. Celem takiej kampanii jest zwrócenie uwagi wszystkich na dany problem i poinformowanie, lub przypomnienie o konkretnych faktach. Jest to jeden z ważnych elementów edukacji.
 
Jaki wpływ na poprawę bezpieczeństwa jazdy ma stan dróg w Polsce?
 
Bardzo duży. Przykład ? Rozdzielenie ruchu jednojezdniowego dwukierunkowego barierą metalową wpływa bardzo istotnie na zmniejszenie liczby ofiar śmiertelnych i rannych. Zwracam jednak uwagę na to, że w Polsce mamy ok 1 400 km autostrad i 1 100 km dróg ekspresowych, a w Szwecji jest to odpowiednio: 1700 i 600 km. Wynika z tego, że jakość dróg, wbrew pojawiającym się opiniom, nie jest głównym czynnikiem wpływającym na poprawę bezpieczeństwa. Większe znaczenie ma prędkość, z jaką poruszamy się po drodze. Proszę pamiętać, że tylko do ok 60 km na godzinę, przy uderzeniu przodem w nieruchomą przeszkodę, nowoczesny samochód jest w stanie nas ochronić. Powyżej tej prędkości kierowca i pasażerowie pojazdu najczęściej giną. Ostatecznie najważniejszy jest jednak człowiek i jego umiejętności bezpiecznego poruszania się po drodze. Stąd tak duża rola edukacji w kształtowaniu odpowiednich zachowań wśród kierowców. Powinniśmy, zatem dążyć do poprawy, jakości szkoleń.
 
Czegoś w programie szkoleń brakuje?
 
Podczas kursu na prawo jazdy można byłoby na przykład trenować wyprzedzanie „Tira”, albo autobusu jadącego 80 km na godzinę po drodze jednojezdniowej, dwukierunkowej. Tego się nie robi, a to najbardziej niebezpieczny z manewrów, podczas wykonywania, którego dochodzi do wielu tragedii.
 
Obecny system szkoleń nie przykłada odpowiedniej wagi do kształcenia bezpiecznych zachowań na drodze?
 
Powiedziałbym, że nie odzwierciedla wszystkich realnych warunków panujących na polskich drogach.
 
Widzi Pan szanse na poprawę tej sytuacji?
 
Tak, choć nie jest to proste. Mamy do czynienia z pewnego rodzaju rozdwojeniem jaźni. Jeśli podczas kursu auta miałyby wyjeżdżać poza miasto, to zwiększyłaby się m.in. liczba przejechanych kilometrów, a więc koszt zużytego paliwa czy opon. Wzrosłyby koszty, a co za tym idzie podrożałby sam kurs.  Wraz z podniesieniem poziomu jakości szkolenia, wzrasta bezpieczeństwo osób szkolonych i pozostałych uczestników ruchu drogowego, a to musi kosztować więcej niż dziś. Rodzice, młodzież, z jednej strony są niezadowoleni z poziomu szkół jazdy, ale z drugiej strony, jeżeli ktoś ma do wyboru kurs za 1050 zł albo za 1450 zł, to w większości przypadków wybierze ten pierwszy. W żadnej dziedzinie produkt, czy usługa nie będzie dobra i tania.  Jeżeli jesteśmy świadomi, że jakość tego, co jemy, ma wpływ na nasze i naszych dzieci zdrowie, decydujemy się płacić więcej za zdrowszą żywność. Konsekwencje złego, lub zdrowego odżywiania są rozłożone w czasie. Wiem i szanuję to, że przy niskich zarobkach, dla budżetu domowego, każda złotówka ma znaczenie. Jednak w przypadku bezpieczeństwie na drodze nie można mówić o „rozłożeniu w czasie”.  Chodzi o ludzkie życie i zdrowie – tu i teraz.

 
comments powered by Disqus
 
Reklama

Szukasz konkretnego artykułu? Wpisz szukane słowo lub frazę.

Szukaj
Wyszukiwanie zaawansowane